top of page

Od bezpiecznej struktury do własnej praktyki. O dojrzewaniu zawodowej niezależności

Zdjęcie autora: Piotr Karpinski
Piotr Karpinski
3 dni temu
5 minut(y) czytania

Droga do zawodu psychoterapeuty jest długa. Wieloletnie szkolenie, własna psychoterapia, staże, praca kliniczna, superwizja, kolejne godziny praktyki. Niezależnie od różnic pomiędzy poszczególnymi szkołami czy systemami kształcenia jest to czas intensywnej nauki i stopniowego przyjmowania odpowiedzialności za pracę z drugim człowiekiem.

Myślę jednak, że jest to również czas formatywny w znacznie szerszym znaczeniu.

Nie uczymy się wtedy wyłącznie teorii i sposobów prowadzenia psychoterapii. Uczymy się również tego, jak funkcjonować w zawodzie. Poznajemy określone struktury, hierarchie, sposoby podejmowania decyzji i rozumienia odpowiedzialności. Stopniowo tworzymy własne wyobrażenie o tym, kim jest psychoterapeuta i jak powinno wyglądać jego życie zawodowe.

Duża część tego procesu jest potrzebna. Zastanawiam się jednak, co dzieje się później – kiedy terapeuta ma już doświadczenie, a struktura, która wcześniej pomagała mu się uczyć, przestaje być jedynym możliwym miejscem wykonywania zawodu.

Na początku potrzebujemy innych

Początek pracy psychoterapeutycznej z natury wiąże się z zależnością od innych ludzi.

Potrzebujemy nauczycieli, superwizorów, bardziej doświadczonych terapeutów, miejsc stażowych i organizacji, które pozwalają nam zdobywać doświadczenie. Potrzebujemy również zasad, które określają granice tego, co na danym etapie możemy robić.

Widzę w tym dużą wartość.

Kiedy zaczynamy pracować z ludzkim cierpieniem, odpowiedzialność jest zbyt duża, żeby opierać się wyłącznie na własnej intuicji. Potrzebujemy możliwości konsultowania swoich decyzji, konfrontowania własnego sposobu myślenia i uczenia się od ludzi, którzy przeszli tę drogę wcześniej.

Instytucja może wtedy pełnić funkcję bezpiecznej struktury.

Szpital, poradnia, fundacja, centrum psychoterapii czy inny zespół dają nie tylko możliwość pracy z osobami korzystającymi z pomocy. Dają również ramy: sposób organizacji pracy, procedury, ludzi, do których można się zwrócić, i poczucie, że nie wszystkie decyzje trzeba podejmować samemu.

Na początku może to być dokładnie to, czego potrzebujemy.

Problem nie zaczyna się więc od zależności.

Zależność jest naturalną częścią uczenia się.

Ciekawsze pytanie brzmi: co dzieje się z nią później?

Kiedy kończy się szkolenie, nie wszystko kończy się razem z nim

Można ukończyć szkolenie, zebrać tysiące godzin doświadczenia i nadal zauważać w sobie potrzebę, żeby ktoś z zewnątrz powiedział, jak powinno się pracować.

Nie musi to dotyczyć psychoterapii jako takiej.

Może dotyczyć bardzo zwyczajnych decyzji zawodowych.

Ile sesji tygodniowo powinienem prowadzić?

Czy mogę pracować tylko cztery dni?

Czy moja stawka nie jest za wysoka?

Czy mogę odmówić przyjęcia kolejnej osoby?

Czy powinienem być dostępny wieczorami?

Czy wypada powiedzieć publicznie, w czym jestem dobry?

Czy mogę zrezygnować ze współpracy z miejscem, z którym jestem związany od kilku lat?

Czy wolno mi chcieć dobrze zarabiać?

Na wiele z tych pytań nie istnieje jedna właściwa odpowiedź.

Są oczywiście granice etyczne, standardy zawodowe i odpowiedzialność wobec osób korzystających z psychoterapii. Ale wewnątrz tych granic pozostaje ogromna przestrzeń, w której terapeuta musi z czasem nauczyć się podejmować własne decyzje.

I być może właśnie to jest jeden z mniej oczywistych etapów rozwoju zawodowego.

Nie tylko nauczyć się dobrze pracować.

Ale również nauczyć się tworzyć warunki, w których możemy dobrze pracować.

Instytucja nie musi być problemem

Nie chciałbym tworzyć tutaj prostego podziału, w którym praca w centrum oznacza zależność, a własna praktyka – dojrzałość.

Można prowadzić własny gabinet i nadal podejmować większość decyzji pod wpływem tego, czego oczekują inni.

Można również przez wiele lat pracować w organizacji i robić to w sposób bardzo świadomy, ponieważ odpowiada nam zespół, model pracy, bezpieczeństwo albo możliwość zajmowania się przede wszystkim psychoterapią bez konieczności prowadzenia całej działalności.

Niezależność nie jest dla mnie miejscem wykonywania pracy. Jest sposobem podejmowania decyzji.

Pytanie nie brzmi więc:

Czy pracuję dla kogoś, czy na swoim?

Bardziej interesuje mnie:

Czy wiem, dlaczego pracuję właśnie w ten sposób i czy nadal jest to mój wybór?

To niewielka różnica językowa, ale dla mnie bardzo istotna.

Własna praktyka uruchamia inne pytania

Kiedy zaczynamy pracować na swoim, część zewnętrznych ram znika.

Nagle ktoś musi zdecydować o cenie. O liczbie sesji. O godzinach pracy. O zasadach odwoływania spotkań. O urlopie. O tym, z kim chcemy pracować, a z kim nie. O stronie internetowej, sposobie przedstawiania swojej pracy i kosztach prowadzenia działalności.

Wiele z tych decyzji wygląda na czysto organizacyjne.

A jednak mogą dotykać znacznie głębszych przekonań.

Ustalenie ceny może spotkać się z pytaniem o to, czy pomagając innym, wolno mi dobrze zarabiać.

Ograniczenie liczby sesji może uruchomić myśl, że powinienem być bardziej dostępny.

Wybranie określonej grupy osób, z którymi chcę pracować, może oznaczać zgodę na to, że nie muszę być terapeutą dla każdego.

Powiedzenie o własnym doświadczeniu i kompetencjach wymaga czasami wyjścia z bezpiecznej pozycji, w której o mojej wartości zawodowej świadczy przede wszystkim nazwa szkoły, organizacji czy centrum, z którym współpracuję.

Nie uważam, że takie wątpliwości świadczą o niedojrzałości.

Przeciwnie – mogą być naturalną częścią procesu, w którym odpowiedzialność wcześniej współdzielona ze strukturą coraz bardziej staje się naszą własną.

Troska o siebie nie znajduje się poza odpowiedzialnością zawodową

W zawodzie pomocowym łatwo oddzielić potrzeby osoby korzystającej z psychoterapii od potrzeb terapeuty i uznać, że tylko te pierwsze powinny mieć znaczenie.

Nie widzę tego w ten sposób.

Osoba przychodząca na psychoterapię ma prawo oczekiwać ode mnie uważności, przygotowania, odpowiedzialności i przestrzegania granic zawodowych.

Żeby móc to oferować przez wiele lat, potrzebuję jednak warunków, które pozwalają mi zachować własne zasoby.

Potrzebuję odpoczynku.

Superwizji.

Czasu poza pracą.

Stabilności finansowej.

Możliwości ograniczenia liczby spotkań wtedy, kiedy wiem, że większa liczba zaczęłaby wpływać na jakość mojej obecności.

Dlatego pytania o cenę, liczbę sesji czy sposób organizacji tygodnia nie są dla mnie wyłącznie pytaniami biznesowymi.

Są również pytaniami o warunki, w których mogę odpowiedzialnie wykonywać swój zawód.

Dbanie o własne ramy nie oznacza przenoszenia odpowiedzialności za nie na osoby korzystające z psychoterapii. Przeciwnie. To moja odpowiedzialność jako osoby prowadzącej praktykę, żeby stworzyć takie warunki pracy, w których mogę być obecny dla drugiego człowieka bez oczekiwania, że to on będzie troszczył się o moje potrzeby.

Od zewnętrznych ram do wewnętrznej odpowiedzialności

Być może więc zawodowa niezależność nie zaczyna się w momencie rejestracji działalności ani odejścia z centrum.

Może jest znacznie mniej spektakularna.

Zaczyna się wtedy, kiedy potrafię korzystać z wiedzy innych ludzi, ale nie potrzebuję, żeby podejmowali za mnie wszystkie decyzje.

Kiedy superwizja pozostaje ważnym miejscem mojej pracy, ale nie zwalnia mnie z własnej odpowiedzialności.

Kiedy potrafię powiedzieć: tego nie wiem i zwrócić się do kogoś, kto wie więcej.

Kiedy mogę zmienić zdanie, ponieważ doświadczenie pokazało mi coś innego.

I kiedy coraz częściej potrafię zapytać nie tylko:

Jak powinien pracować psychoterapeuta?

ale również:

Jak ja chcę wykonywać ten zawód, żeby robić to dobrze i móc robić to przez wiele lat?

Praktyka może dojrzewać razem z terapeutą

Nie trzeba odpowiadać na wszystkie te pytania jednocześnie.

Własna praktyka może zacząć się od kilku godzin tygodniowo. Może przez jakiś czas istnieć równolegle z pracą w centrum. Może zmieniać się wraz z doświadczeniem, sytuacją rodzinną, możliwościami finansowymi i tym, czego dowiadujemy się o sobie jako terapeutach.

To, co było dobrym sposobem pracy pięć lat temu, nie musi być nim dzisiaj.

Nie oznacza to, że wcześniejsza decyzja była błędna.

Być może po prostu praktyka dojrzała razem z człowiekiem, który ją prowadzi.

Dlatego przejście na swoje coraz mniej kojarzy mi się z jednym zdecydowanym ruchem, a coraz bardziej z procesem przejmowania odpowiedzialności za kolejne obszary własnego życia zawodowego.

Bez buntu przeciwko instytucjom.

Bez przekonania, że wszystko trzeba zrobić samemu.

Bez odrzucania superwizji, standardów czy ludzi, od których możemy się uczyć.

Ale też bez założenia, że ktoś inny zawsze będzie wiedział lepiej, jak powinno wyglądać nasze życie zawodowe.

Niezależność nie musi oznaczać samotności. Może oznaczać możliwość korzystania z innych ludzi bez oddawania im odpowiedzialności za własne decyzje.

I być może właśnie gdzieś pomiędzy jednym a drugim znajduje się moment, w którym praktyka zaczyna być naprawdę nasza.

 
 
 

Komentarze


bottom of page