top of page

Kiedy pomaganie staje się ratowaniem. O roli ratownika w pracy psychoterapeuty

Zdjęcie autora: Piotr Karpinski
Piotr Karpinski
17 wrz
5 minut(y) czytania

Wiele osób wybiera zawód psychoterapeuty dlatego, że drugi człowiek naprawdę je obchodzi. Towarzyszenie komuś w cierpieniu, kryzysie czy odzyskiwaniu wpływu na własne życie może dawać głębokie poczucie sensu. Dostrzegam jednak różnicę pomiędzy empatią, poczuciem misji a potrzebą ratowania.

Empatia pozwala zbliżyć się do doświadczenia drugiej osoby, nie odbierając jej podmiotowości. Poczucie misji może wyznaczać kierunek naszej pracy i przypominać, dlaczego ją wykonujemy. Rola ratownika działa inaczej. Nie jest już tylko chęcią pomocy. Zawiera w sobie wewnętrzny przymus: muszę pomóc, muszę znaleźć rozwiązanie, nie mogę pozwolić, żeby ta osoba cierpiała, ode mnie zależy, co się z nią stanie.

Takie impulsy nie czynią terapeuty złym ani niekompetentnym. Mogą jednak być ważną informacją o tym, co dzieje się w relacji — oraz w nas samych. Pozostawione bez refleksji potrafią wpływać zarówno na proces terapeutyczny, jak i na sposób, w jaki budujemy własną praktykę.

Empatia mówi: „jestem przy Tobie”. Ratownik mówi: „muszę Cię uratować”

Blisko jest mi do myślenia o psychoterapii jako o spotkaniu dwóch osób, które mają odmienne role i inną odpowiedzialność, lecz tę samą ludzką godność. Terapeuta wnosi wiedzę, doświadczenie, uważność i odpowiedzialność za ramy pracy. Klient wnosi własną historię, znaczenia, decyzje, tempo oraz zdolność do dokonywania wyborów.

Rola ratownika przesuwa ten układ. Terapeuta może zacząć widzieć klienta przede wszystkim jako osobę bezradną, a siebie jako kogoś, kto wie lepiej, co należy zrobić. Powstaje duża nierównowaga: jedna strona zostaje ustawiona w pozycji tej, którą trzeba ocalić, druga — tej, bez której zmiana rzekomo nie może się wydarzyć.

Na pierwszy rzut oka może to wyglądać jak wyjątkowe zaangażowanie. W praktyce łatwo jednak pomylić dobro klienta z potrzebą terapeuty, by czuć się potrzebnym, skutecznym albo niezastąpionym.

To nie oznacza, że terapeuta ma być chłodny, bierny czy obojętny. Nie oznacza też rezygnacji z adekwatnej interwencji, kiedy pojawia się realne zagrożenie życia lub zdrowia. Obowiązek troski, ocena ryzyka i działanie zgodne z prawem, kompetencjami oraz przyjętymi procedurami pozostają częścią odpowiedzialnej praktyki. Czym innym jest jednak profesjonalne reagowanie na zagrożenie, a czym innym organizowanie całej relacji wokół przeświadczenia: „tylko ja mogę Cię uratować”.

Jak rola ratownika może pojawiać się w gabinecie

Rola ratownika nie zawsze jest widoczna. Często ukrywa się pod zachowaniami, które z zewnątrz wyglądają jak troska. Może pojawić się wtedy, gdy:

  • sukces klienta zaczynamy traktować jako dowód własnej wartości, a jego kryzys jako osobistą porażkę;

  • pracujemy intensywniej niż klient i próbujemy chcieć zmiany bardziej niż on;

  • trudno nam przyjąć jego tempo, ambiwalencję, wycofanie albo decyzję o zakończeniu terapii;

  • zbyt szybko podajemy rozwiązania, ponieważ trudno nam wytrzymać bezradność i niepewność;

  • rozluźniamy ustalone granice nie z przemyślanej decyzji klinicznej, lecz z poczucia winy albo lęku, że pozostawimy kogoś bez pomocy;

  • przedłużamy sesje, pozostajemy stale dostępni lub bierzemy na siebie więcej pracy, niż jesteśmy w stanie bezpiecznie unieść;

  • unikamy rozmowy o płatności, odwoływaniu spotkań czy odpowiedzialności klienta, obawiając się, że jasne zasady będą brakiem empatii;

  • czujemy, że klient bez nas sobie nie poradzi, a my bez jego potrzeby tracimy część własnej tożsamości.

Żaden pojedynczy sygnał nie musi świadczyć o wejściu w rolę ratownika. Warto jednak zatrzymać się przy powtarzającym się wzorcu, szczególnie gdy towarzyszą mu zmęczenie, frustracja, żal, poczucie wykorzystywania albo przekonanie, że stale dajemy więcej, niż otrzymujemy.

Cena ratowania w procesie terapeutycznym

Przypuszczam, że jednym z największych zagrożeń związanych z ratowaniem jest nieświadome ograniczanie autonomii klienta. Jeśli zbyt szybko przejmujemy odpowiedzialność, możemy odebrać mu możliwość sprawdzenia własnej siły, podjęcia decyzji, przeżycia konsekwencji i zbudowania zaufania do siebie.

Klient może wtedy coraz bardziej polegać na ocenie terapeuty. Terapeuta z kolei może czuć się coraz bardziej odpowiedzialny za jego funkcjonowanie. W ten sposób zamiast współpracy powstaje zależność, która bywa mylona z bliskością albo skutecznością terapii.

Dla osoby korzystającej z psychoterapii ważne jest jedno: ten mechanizm nie oznacza, że proszenie o pomoc jest czymś niewłaściwym ani że potrzeby klienta są dla terapeuty ciężarem. Odpowiedzialność za rozpoznawanie własnych reakcji, utrzymywanie granic i korzystanie z superwizji leży po stronie terapeuty. Klient ma prawo przynieść do gabinetu cierpienie, zależność, złość, lęk czy bezradność. Zadaniem terapeuty nie jest go za to zawstydzać, lecz towarzyszyć mu w sposób, który wspiera jego podmiotowość.

Pomoc, która wzmacnia autonomię, nie polega na pozostawieniu człowieka samemu sobie. Polega raczej na byciu obok bez przejmowania jego życia.

Ratownik, który próbuje zbudować niezależną praktykę

Rola ratownika nie kończy się wraz z zamknięciem drzwi gabinetu. Może wpływać również na sposób prowadzenia praktyki.

Budowanie niezależności wymaga energii, czasu i zgody na zajęcie się także tym, co nie jest bezpośrednią pracą z klientem: finansami, komunikacją, stroną internetową, regulaminem, widocznością, odpoczynkiem czy podejmowaniem decyzji. Jeżeli niemal całą dostępną energię przeznaczamy na ratowanie innych, niewiele pozostaje na stworzenie stabilnych warunków dla siebie.

Możemy przyjmować kolejne osoby mimo braku miejsca, odpowiadać na wiadomości o każdej porze, obniżać stawkę pod wpływem poczucia winy albo odkładać urlop, ponieważ ktoś akurat nas potrzebuje. Możemy też pozostawać w systemie pracy, który nas przeciąża, bo odejście wywołuje poczucie, że porzucamy klientów lub współpracowników.

Paradoksalnie wtedy niezależna praktyka istnieje tylko formalnie. Nadal jesteśmy zależni — niekoniecznie od instytucji, ale od roli, w której wolno nam istnieć przede wszystkim jako osobie potrzebnej innym.

Niezależność nie oznacza braku więzi ani skupienia wyłącznie na zysku. Oznacza możliwość dokonywania świadomych wyborów, stawiania granic, przyjmowania odpowiedzialności za własne zasoby i tworzenia takiej praktyki, która może być dobra dla klientów także za rok, trzy czy dziesięć lat. Stabilny gabinet nie powstaje pomimo etyki. Uważam, że może być jednym z warunków etycznej, odpowiedzialnej pracy.

Uczciwa stawka i jasne zasady nie są brakiem troski

W zawodach pomocowych pieniądze i granice często uruchamiają silne emocje. Terapeuta może obawiać się, że jeśli ustali stawkę pozwalającą mu utrzymać praktykę, będzie mniej empatyczny. Że odmowa dodatkowego kontaktu będzie odrzuceniem. Że urlop stanie się porzuceniem, a egzekwowanie zasad odwoływania sesji — karaniem klienta.

Warto jednak zapytać: czy decyzja wynika z przemyślanej odpowiedzialności klinicznej, czy z lęku przed przestaniem bycia ratownikiem?

Jasna umowa, realna liczba sesji, czas na superwizję, rozwój i odpoczynek oraz stawka odpowiadająca kosztom prowadzenia praktyki mogą chronić obie strony. Granice nie muszą osłabiać relacji. Często sprawiają, że staje się ona bardziej czytelna i mniej obciążona niewypowiedzianymi oczekiwaniami.

Od ratowania do współpracy

Wyjście z roli ratownika nie polega na staniu się mniej wrażliwym. Chodzi raczej o taką formę zaangażowania, w której nie musimy odbierać drugiej osobie sprawczości, aby zaoferować jej obecność.

Pomocne mogą być pytania:

  • Czy w tej chwili wspieram klienta, czy próbuję uwolnić siebie od napięcia, które wywołuje jego cierpienie?

  • Czy pozostawiam przestrzeń na jego wybór i tempo?

  • Co czuję, gdy klient nie korzysta z mojej propozycji albo podejmuje inną decyzję?

  • Czy moja elastyczność jest świadomą decyzją, czy wynika z poczucia winy?

  • Czy wierzę, że klient ma zasoby, których jeszcze nie widzi — czy zakładam, że beze mnie sobie nie poradzi?

  • Jaką funkcję pełni bycie potrzebnym w moim własnym życiu?

  • Czy sposób, w jaki pracuję, pozwala mi utrzymać tę praktykę bez narastającego wyczerpania i żalu?

Takie pytania warto wnosić do superwizji i własnej terapii. Nie po to, by się oskarżać, ale by odzyskiwać wybór. Etyczna praktyka wymaga przecież nie tylko dobrych intencji, lecz także refleksji nad wpływem, jaki wywieramy, świadomości granic własnych kompetencji oraz troski o zdolność do dalszego wykonywania pracy.

Niezależność zaczyna się od rezygnacji z bycia niezbędnym

Zastanawiam się, czy jednym z dojrzalszych momentów w rozwoju terapeuty nie jest odkrycie, że skuteczna pomoc nie wymaga bycia czyimś wybawcą. Możemy być ważni, nie stając się niezbędni. Możemy angażować się głęboko, nie przejmując odpowiedzialności za całe życie klienta. Możemy prowadzić działalność, która jest jednocześnie etyczna, ludzka i ekonomicznie stabilna.

Być może właśnie wtedy powstaje przestrzeń na prawdziwą współpracę: klient nie musi pozostawać bezradny, aby terapeuta miał swoją rolę, a terapeuta nie musi się poświęcać, aby jego praca miała wartość.

Niezależna praktyka zaczyna się nie tylko od własnego gabinetu, strony internetowej czy odpowiedniej liczby klientów. Zaczyna się również od wewnętrznej zgody, by pomagać bez ratowania — i budować relacje, w których bliskość nie wymaga zależności.

 
 
 

Komentarze


bottom of page